
Pióro Majkela
Carpe diem but memento mori…
Z pamiętnika lirycznych wyznań Pogodnego Pesymisty - Michała Pióro Dzielę się poprzez tego bloga z moim raczej mrocznym światem, uwikłanym ściganiem tego co nie istnieje oraz moimi rozterkami odnośnie wielu aspektów życia. Są tu również chwilowe uniesienia, choć nie jest ich aż tak dużo w porównaniu do całości…. Ale cóż taka ma natura - „Buntownika z Wyboru”, który „buszuje w zbożu” pośród ballad Phila Collinsa i innych wyciskających łzy kawałków zaprzeczających kompletnie mojej powierzchowności. Dedykuje Karolinie, która starała się pokolorować mój świat na różowo i niebiesko jednak mój świat musi być szary by czuć się bezpiecznie w niespełnionych marzeniach oraz świętej pamięci Koli oraz Bulemu. ❤️🖤🖤 Specjalne podziękowania dla Ojców tego bloga: Ryszarda Machmudowa oraz Damiana Zieglera
A kiedy z samotnościa na kobiercu juz stałem, Odziany szatami niespożytej wolności. Prężyłem swojà pierś w dumie , że nie potrzebuje, Czuć i być wiedziony biciem drugiego serca. Już miałem wypowiadać TAK przed mistrzem iluzji, Kiedy ktoś krzyknáł zza ołtarza czule: Wierzè w ciebie i nie puszczę. Dziś, kiedy jedno serce wtopione w drugie. Spoglàdam
Wyczerpany pędzący do nikąd nadzieją,Rozłożyłem swe ciało na scenie istnienia.I teraz zamykam znużone już oczy ,By opuścić to czego dźwigać nie zdołam.Nie mówcie mi demony z szyderczym uśmiechem,Że poddaje się zbyt wcześnie tak łatwo.Już poznałem przewrotnego reżysera tej farsy,Oddaje więc kostium ludzkiego głupca.Pragnę teraz swą gaże roztrwonić,Na łzy wzruszenia i chwilę szczęścia. Kołobrzeg 12.09.1996
I tak leniwie rozciągam swoją nostalgię na bezdrożach skończoności… Zabieram ze sobą dźwięki klipów z obrazem niegdyś wzoszącym powyżej codzienności. Od ktorego uciekam dnia każdego, by mimo wszystko tkwić w nim zaklęty. Wynoszę na piedestały dni zaszłe choć pełne obaw i niespełnienia. To w nich bowiem słodycz niepewności bez zmarszczek gotowej wierzyć w zegar nie bijący
Zaprezentowałem się światu w 1978. Nie pamiętam tej histerycznej radości najbliższysh nad moim łóżkiem z tym wszechobecnym tiu tiu. Wiem że to szczere umizgi były i ta płomienna nadzieja ze narodziło sie nowe życie , nowe szczęście. Ale tak cofając tą cała moją przeszłość to nie wiem czy nie lepiej było w 1977. Nie to ze
Wplątani w burzę namiętności w porywach krzyku, Mkną razem ,lekko nieustannie po przestrzeniach wyżyn i nizin…… to szeleszcząc to hucząc Byle unosić się ponad powtarzalność zamkniętą, w objęciach wskazówek i ciągłego oddechu. On zagubiony w swej matni samotnego smutku, Ona zaś tkwiąca w czeluściach poprawnego szczęścia A mimo tego wplątali się sami w tą burzę. Kołobrze.
Zatrzymam twoją dłoń, gdy zmierzać będziemy,Do pierwszego dotyku w blasku nadziei.Po cóż bowiem tracić tak szybko ,Wzrok niecierpliwości i kształty wyobraźni.Nauczmy się trwać w przedwiośniu sercGdyż po spełnieniu czeka jedynie cień powtórzeń.Gdzie dzień po dniu zabijamy słodką tremę,Całując, kochając, na końcu zdradzając Kołobrzeg ( gdzieś tak 1996 rok)
Siedzę na piętrzę utulony psychozami wszelakimi… W powietrzu sterylność z domieszką domestosa grubiańskiego. Odmierzam czas wołaniem białej niewiasty o miarowe łykanie proszkòw to w kółka to w elipsy obleczonych…. Spaceruje czasami wąską ścieżką ograniczoną by móc ponownie ograniczyć się, na nieograniczonej wolności bez iluzji zgubnych… Gdy tak przemierzam te krótkie długości, Przenikam ich spektra bólu
A gdyby zagubić się w pęchęrzykach tlenu , unoszącego życionośny kaprys gromkiego oddychania… Pośród dwutlenku radości takiej zwykłej nie organicznej lecz nieograniczonej …. I gdyby zawiesinę prozaiczną lekko duszącą Rozpuścić w roztworze cieczy o woni uciechy To bym , popluskać chciał się niestosownie i gruntownie….. Aż do saturacji niebezpiecznej choć takiej…. Ah przyjemnej!!! Co by
Potargany toksynami nasączonymi gniewem i okrucieństwem, Sponiewirałem Perełkę, zaczepioną na kruchej łodydze ostatku sił wielkiej miłości… Trącałem, ściskalem i podle poniewierałem, Płacząc frustracją ,truciznami nasiąknięty niczym mech w październikowy dżdżysty poranek…. Kiedy gniew ustàpił, jakby posłuchał krzyku niebios. Rozłożyłem swe ciężkie ciało ciosane z kamienia Na boku, poddając się w embrionalnym łez spokoju…. Wypłakałem litycznie spowiedź
Nim toniemy w nowej komnacie w zamkniètym świecie powiek… Nasze ciała pokrywamy świeżości spod ubogiego lecz miłego wodospadu… Tam piescimy w samotności z lekka nasze zakamarki w pianie ulotnej… By wyjśc z wygłodniałà chciwościà połaczenia nabrzmiałości jego z jej przepysznà wilgotnościà…. Ona czeka pod kopułà naszych snów cierpliwie a ja wchodze wtenczas ubrany w nicość …