Pióro Majkela

Carpe diem but memento mori…

Na rozstaju


Potargany toksynami nasączonymi gniewem i okrucieństwem,

Sponiewirałem Perełkę, zaczepioną na kruchej łodydze ostatku sił wielkiej miłości…

Trącałem, ściskalem i podle poniewierałem,

Płacząc frustracją ,truciznami nasiąknięty niczym mech w październikowy dżdżysty poranek….

Kiedy gniew ustàpił, jakby posłuchał krzyku niebios.

Rozłożyłem swe ciężkie ciało ciosane z kamienia

Na boku,  poddając się w embrionalnym łez spokoju….

Wypłakałem litycznie spowiedź skruszonego grzesznika

A Tyś utuliła ten głaz przeszklony wilgocià łez prawdziwych…

I powędrowałem na polanę zamkniętą w granicach utraconego spokoju…

By narodzić się bez ciemierżnego posągu kamienia,

I moc znowu uchylić usta i oczy 

Co naturalne bywa ,a ja zabijałem tak długo 

Złudną miksturą iluzji…

W Coś , coś co zwie się uśmiechem…

Choćby dlatego że słońce świeci….

Proszę Michał wróć do mnie…..


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *