Potargany toksynami nasączonymi gniewem i okrucieństwem,
Sponiewirałem Perełkę, zaczepioną na kruchej łodydze ostatku sił wielkiej miłości…
Trącałem, ściskalem i podle poniewierałem,
Płacząc frustracją ,truciznami nasiąknięty niczym mech w październikowy dżdżysty poranek….
Kiedy gniew ustàpił, jakby posłuchał krzyku niebios.
Rozłożyłem swe ciężkie ciało ciosane z kamienia
Na boku, poddając się w embrionalnym łez spokoju….
Wypłakałem litycznie spowiedź skruszonego grzesznika
A Tyś utuliła ten głaz przeszklony wilgocià łez prawdziwych…
I powędrowałem na polanę zamkniętą w granicach utraconego spokoju…
By narodzić się bez ciemierżnego posągu kamienia,
I moc znowu uchylić usta i oczy
Co naturalne bywa ,a ja zabijałem tak długo
Złudną miksturą iluzji…
W Coś , coś co zwie się uśmiechem…
Choćby dlatego że słońce świeci….
Proszę Michał wróć do mnie…..
