Zaprezentowałem się światu w 1978. Nie pamiętam tej histerycznej radości najbliższysh nad moim łóżkiem z tym wszechobecnym tiu tiu. Wiem że to szczere umizgi były i ta płomienna nadzieja ze narodziło sie nowe życie , nowe szczęście. Ale tak cofając tą cała moją przeszłość to nie wiem czy nie lepiej było w 1977. Nie to ze narzekam, bo można powiedzieć ze jestem szcześciarzem. Zdrowy bylem, średni we wszystkim czego sie nie tknąłem, sukcesów większych też nie miałem więc i łatwiej ten ziemski padoł zostawić. Dziś , stojąc na równi pochyłej do odejścia z tego ziemskiego cyrku , zadaje sobie na co mi te 35 lat było. Ok , poznałem smak miłości, odrzucenia, Skończyłem szkoły, nafaszerowałem głowę erudycyjną papką pomnarzając cierpienie istnienia, doznałem pare orgazmów, próbowałem uwierzyć w boga, spotkałem mnóstwo ludzi , troche przyjaciół, przekonując się że i tak jesteśmy sami w swoim egoiźmie nawet jeśli temu zaprzeczamy. Poznałem smak tego co zakazane, czasem nawet trafiło się ślepej kurze ziarno. No i co dalej…. Teraz już mało co mnie cieszy, bo poznanie ma swoje granice, a na szczyty wymarzone nie udało się wejść. A uwierzcie , miałem wielkie …. W mojej sytuacji antidotum na to całe zło zalecane przez 90 % populacji zwanej zdroworozsądkowej to dziecko i rodzina. No tak. Ale po co powoływać kolejne życie na tą scenę istnienia z prawdopodobieństwem wygranej w totka że jego życie będzie taką przygodą, że nigdy nie zada sobie takich pytań jak ja teraz i że na łożu śmierci powie sobie- nie żałuje. Hm. Lepiej naprawde w 1977.
