Pióro Majkela

Carpe diem but memento mori…


Z dedykacjà dla Robina Williamsa

W zeszłym tygodniu Robin Williams zdecydował się opuścić ten ziemski padoł. I wszyscy tacy nagle zdziwieni: taki komik, luzak, doskonały aktor….. I jedna żałosna baba w wiadomościach: ” to znak tchòrzostwa”. Ja na to tak: trzeba mieć wielkie jaj żeby odeprzeć pierwotny instynkt przetrwania i skończyć ze soba. Poza tym rozumiem tego Wielkiego człowieka. Sà czasami  w naszych żywotach takie sploty okoliczności, cierpienia, braku akceptacji, niemożności pogodzenia się z rzeczywistościà, że to czasami jedyne i najlepsze rozwiàzanie. Więc Panie Williamsie a raczej wspaniały Belfrze lub Kapitanie mòj Kapitanie z filmu ” Stowarzyszenie umarłych poetòw”, ja nie potępiam i rozumiem. To taka przypadłość trochè mi bliska: rozśmieszać, być inspiracjà dla innych a w naszych samotnościach- wojna, ktòra największego wroga ma w nas samych: pełnych sprzeczności, wàtpliwości i strachu.

Ten wiersz dedykuje Tobie. 

Latałem dni kilka temu jak bobas z białym noskiem w radości niepokalanej….

Takie przebranie ku uciesze wielu.

Zagarniałem dance floor po szklankach ognistej z namiastką coli…

Jakże żałosna radość sączyła się z wyziewu eterycznej iluzji szczęścia.

Dziś jak pacnięta mucha na ścianie…

Prezentuje swoje trzewia smutku rozbryzgane.

Gęba niegdyś uśmiechnięta, teraz z konwulsji grymasem, szepcze do zmiażdżonej nadziei…

Pierdol się! Bo już nawet żywić mi się ciebie nie chce…

Czekam jedynie, aż ktoś zdrapie ze ściany ten kolaż Wertera rozterek.

I jakoś tak gotowy na niebyt,

Czekam, bo sam na to siły nie mam…

Kołobrzeg 20. 08.2014


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *