Wiruje w swym spokoju bez jarzma marzeń na wyrost…
Jest całkiem błogo i tak pusto, by nie droczyć się..
Bez honoru, kiedy niby straszna niegdyś pani, z pogromcà siana w ten specjalny dzień zawita…
Być już nagim, by za niczym juz nie wzdychać,
Jedynie do tego ciepła które bylo, zanim pierwszy krzyk wyniosłem na scenie niby jakiegoś cudu…
I ostatecznie zatrzymać czas 20 marca kilkadziesiąt lat temu…
Rozwalić się bezczelnie w butach ubłoconych egzystencja,
Na łożu kompletnego niebytu, pośród satynowych poduszek zapomnienia…
Po chwili zacząc miłosny akord nie czucia ,nawet postępu czasu…
I tak , kórwa chrapać na złość temu co zmusza do wstawania…
Jeszcze zeby było, tak jak się marzy…
