Ma dumna samotność, tak długo zdobiona cichymi drwinami z tego co dokoła hołubione,
Roztrzaskana dziś okrutnie niemożnościà jakiejkolwiek bliskości niegdyś nadto potrzebnej…
Troche przewrotnie musze stawić czoło muzyce i jednoczesnie to ona przenosi mnie do azylu, gdzie wychudzony chłopczyk obrzmiały był masà marzeń o wielkości pewnego dnia…
Dziś otępiony i tym i tamtym leżę choć nie do końca,
Wpatrzony w iluzje straceńców, przegranych, czy po prostu szkieletów bez znaczenia,
Oszukujàc neurony i receptory ruchami znanymi by chwile po niebie za darmo pobuszować…
Kiedy w końcu zapanuje w ciszy abolutnej,
Mi już wystarczy ….. odklepuje.
