Zdruzgotany pięknie,widokami poćwiartowanych wyobrażeń o tym jak miało być…
Leżę beznamiętnie, przemycając nuty poplątane w dźwieki jakże kiedyś malujące tło do mojejgo szlagieru…
Jednak celnicy na granicy przyziemności, zakłocają pieczołowicie napływ resztek pakunków w których iluzja niezmącona rozprasza uwierającą ordynaryjność…
Rzadko uda się, ominąć ich nadgorliwość,
To gdy, jednak umknie im jakoś,
To rozpakowuje je gdzieś w zaciszu
i zabijając powoli czerpie z wysokości chemiczne wytwory, broniące przed smutkiem..
Choć to chwila i ciężka za kurtyną…
Coż, nie ma nic innego
