Wałęsam się w swej lekko śmiesznej zbroi na tym polu bitwy…
Przyłbica opuszczona bo już nawet nie ma nic, co chciałoby mnie bić…
Były niegdyś małe potyczki, które nie chciały być za chuja Termopolimami!
Szkolony w największej swej wierze w siebie,
Opartej na tych co spoczywajà na wieki na kartach podawanych dalej…
Jednak co mogło wyjść z połączenia cech niejakich i ciała daleko dryfującego od tych,
co artyści ciosali w apotoezie siły i piękna…
Któż mnie uwięził po złości, w tak głębokim śnie o własnej i ciekawaj drodze
, która też spocznie na tych wiecznych kartach o czym kilka werów temu…
Któż , kurwa jego mać , uczynił z mego zestawienia wdechów i wydechów ograniczonego,
Scenariusz do „ nic śmiesznego” czy „ dzień świra” – toć to jeden chuj.
I jeszcze ten strach przed degeneracją peselem podszytą…
Oszczędź mnie zatem, chodź przed tym ,
ty złośliwy krupierze
Bym zszedł na stojąco, bez obcej ręki ze szklanką…
