Przemierzam brak światła w bezsenności,
wlokąc swojà samotność po komnatach zaszłości naiwnej….
Wtedy gdy dnia wypatrywałem w spokojnym śnie,
A w dni rozrywałem kokardy prezentòw codzienności,
Z pieczołowitością szkraba wyczekującego Mikołaja…
Gdzie malowałem projekcje najślmielszych , rozbłyszczonych reflektorów,
W ktòrych kąpałem się ubrany choćby w jeden wymarzony kostium…
Teraz układam się wygodnie w łóżku spokojnie,
Potrzebujàc coraz mniej miejsca,
By lepiej wpasowaċ się do wyczekiwanego pudełka zazwyczaj drewnianego…
I jedynie słuchać moich nut,
Co wyrywajà na chwilkę w złudne wyżyny…
I do tego jeszcze troszkę tego ….
Czekam w końcu na to -Amen
