Pióro Majkela

Carpe diem but memento mori…

Rozkosz


Gdy dzwony rozkoszy biją w podbrzuszu,
Rzucam żądze swe pod drżące powieki.
Jawi się wtedy rozmazana komnata,
A po środku aksamit kształtu łoża.
Ona zaś pod oknem przekuta promieniami zachodu,
Stoi owiana lekkim jedwabiem i patrzy.
Symetria jej rysuje jędrne połowy,
Które falują czekając na jego wejście.
Pochyla swój tułów za komnatę,
By piersi na ciepłym błękicie.
Głową kreśli elipsy jakże ponętnie,
Targając włosem słonecznej perły.
Zrzuciłem z siebie odzienie nękające,
By poczuć chłód ,który rozrzuca zwiewnie.
Krew piętrzyła się w mej męskości,
A ona odwróciła się w stronę łoża.
Stąpa lekko jakby po liliach na wodzie
Prowadząc ramiona po smukłości swych kształtów.
Gdy do atłasu swym ciałem dostąpiła,
Spoczęła lekko jakby zraniona sztyletem.
Jej łopatki jak liście jesienne opadły,
A stopy sklepienie rozkoszy rozpięły,
Gdy wilgotność nawilżyła gorąc naszych ciał
Doszedłem do niej żądzą niesiony.
Ofiarowano nam siebie tą noc
Lecz my usnęliśmy by ogień trwał…


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *