Zazdrośnicy o Amora kłują jego ciało histerią.
Ich szpada przenika przez otchłań,
zadając rany Najwyższemu w miłości.
Jego krew sączy się tkliwie po mym ciele,
Spłukując eliksir z grotu dwojga naznaczonych.
Ginie we mnie sprężystość Erosa,
Sklepiając błogą ranę po tamtej strzale.
Obiecana wspólna wieczność znika bezpowrotnie
Do wspomnień kilkudziesięciu dni.
Kimże są ci oprawcy jedynego sensu,
Którzy przelewają krew jakże słodką.
Czy to własna dusza nasiąknięta zwątpieniem
A może gorzka namiętność ust ladacznicy
Nie wiem….pod stopami czuje już ziemie
Jest ciężko, jakbym ciosany z kamienia.
Stąpam tak wlokąc za sobą jej zapach,
Wierząc w eteryczność jego trwania.
Gdy już bezwonna będzie moja myśl,
Zacznę szlify nadziei na kamieniu.
Byś dostrzegła Nowa Wieczności, miejsce,
W które wbijesz dłuto i pokruszysz skorupę.
I może to z tobą wieczność ta,
Dostąpi tej nieskończoności o której głosi……
