Jakże wysoko swym jestem,
kiedy ta upatrywana od dawien dawna….
Przetnie swoim ostrzem postrzegania, pośrod wielości otoczajàcej,
Mojà postać przez moment choćby.
Lubiè, kiedy tnie mà niepewność ukradkowym uniesieniem kàcika ust,
I gdy lekko polewa strumieniem słów,które mój słuch pamièta…
jedynie z niemego krzyku rezonujàcego po kościach mej czaszki.
Gdy w smutku wymuszałem ochłapy marzeń,
By nie nie przedawkować swych uciech cotygodniowych…
A kiedy, absolutnie z wyłàczonym postrzeganiem tego, co dookoła…
Utwierdza mnie wilgocià ust,roztrwaniajàc swòj język,
Na obrzeżach mego, ulotnego i jakże niepewnego.
To na chwile chcę żyć…
Jednak cena jakże wielka….
Bo ta jedyna to nie jest jedna….i tak bez końca
