Gdy już piasek moich trosk wymieszam z wodà namaszczonà cementem.
Zatrwożę swoj byt niewzruszonym blokiem marności…
Stanę wtenczas na nim, niczym na scenie z zachwytem, nigdy niezaznanym…
I rozpocznę zamykanie oczu w błogim mruganiu,
Jakbym machał do swych marzeń oddalonych w przeszłości…
Zatańczę w lekkim odurzeniu snem uwielbionym i zawsze wiernym…
W ktòrym zacznę rozpościerać to co umknèło rzeczywistości…
Na ten czas, pozostaje w tym prostokàcie samotności,
Ogrzewany od czasu do czasu mruczeniem
Mych małych wielkich miłości…
A łezka sobie płynie by by serce nie zaschło w bezduszności…
